Kuchnia Malezji i Singapuru to trzy wielkie tradycje — malajska, chińska i indyjska — gotujące ramię w ramię w halach hawker centres, gdzie za kilka ringgitów czy dolarów dostaje się jedzenie na poziomie, o który biją się przewodniki. Ten przewodnik jest dla podróżnika, który chce ogarnąć rytuał hali z jedzeniem (i wiedzieć, co zamawiać przy którym stoisku), oraz dla domowego kucharza, którego kusi mleczko kokosowe, pasta sambal i zapach woka. Klimat: parno, głośno, tanio i genialnie.
Półwysep Malajski leżał na skrzyżowaniu monsunowych szlaków handlowych, więc od wieków mieszały się tu wpływy malajskie, chińskie, indyjskie, tajskie i arabskie — a w Malakce i Penangu doszła jeszcze kultura Peranakan (Baba-Nyonya), czyli potomków chińskich osadników i malajskich matek, z własną, wyrafinowaną kuchnią nyonya. Kolonialny Singapur ściągał robotników z Chin południowych i Indii, a każda fala migracji zostawiała po sobie dania, które dziś stoją obok siebie w jednej hali.
W XX wieku uliczni sprzedawcy zostali przeniesieni z chodników do zadaszonych hawker centres — i to one są dziś sercem tej kuchni: dziesiątki wyspecjalizowanych stoisk, z których każde od dekad robi jedną rzecz perfekcyjnie. Singapurska kultura hawkerów trafiła na listę niematerialnego dziedzictwa UNESCO, a proste stoiska z kurczakiem czy makaronem zdobywały wyróżnienia Michelin — nigdzie indziej wielka gastronomia nie kosztuje tak mało.
Mleczko kokosowe, pasta chili sambal (belacan — z fermentowanymi krewetkami — to jej dusza), trawa cytrynowa, galangal, kurkuma, liście limonki kaffir i pandanu, sos sojowy jasny i ciemny, sos ostrygowy, tamaryndowiec, suszone krewetki i anchois ikan bilis, ryż i makarony wszystkich kalibrów — od ryżowych nitek po grube kluchy kway teow. Techniki: smażenie w woku na wielkim ogniu (poszukiwany „oddech woka" — wok hei), duszenie w mleczku kokosowym, grillowanie satay nad węglami, gotowanie bulionów ziołowych i naciąganie herbaty teh tarik z metra wysokości.
Je się w hawker centre albo w kopitiamie (tradycyjnej kawiarni): najpierw zajmujesz stolik, potem obchodzisz stoiska i zamawiasz przy każdym osobno, podając numer stolika albo wracając z tacą. Widelec i łyżka to standard (łyżka w prawej ręce robi główną robotę), chińskie stoiska dają pałeczki, a muzułmańskie dania malajskie wielu je prawą ręką. Stoiska halal i niehalal stoją obok siebie — przy halal nie stawia się wieprzowiny ani alkoholu. Pije się kopi (mocna kawa z margaryną w palonym cukrze) albo teh tarik, a jedzenie na wynos — „ta pau" — to instytucja.

Gęsta, aromatyczna zupa z makaronem — i wieczny spór, która wersja jest tą właściwą. Curry laksa (Kuala Lumpur, Singapur) pływa w kokosowym bulionie z pastą chili, tofu i krewetkami; asam laksa z Penangu to kwaśny, rybny wywar z tamaryndowcem, miętą i ananasem, bez kokosa. Obie wersje potrafią uzależnić od pierwszej łyżki.

Ryż gotowany w mleczku kokosowym z liściem pandanu, podany z ognistym sambalem, chrupiącymi anchois ikan bilis, orzeszkami, plasterkami ogórka i jajkiem — klasycznie zawinięty w liść bananowca w piramidkę. Wersja „z dodatkami" dorzuca smażonego kurczaka albo rendang. Jedzone od świtu do nocy, oficjalnie danie narodowe.

Płaskie kluski ryżowe smażone w rozgrzanym do białości woku z krewetkami, sercówkami, kiełbasą lap cheong, kiełkami i jajkiem, na ciemnym sosie sojowym — najlepsze wersje smaży się tradycyjnie na smalcu, porcja po porcji. Cała sztuka to wok hei: dymny „oddech woka", którego nie da się podrobić na domowej kuchence. Legenda Penangu.

Danie-emblemat Singapuru: kurczak gotowany łagodnie w wywarze, schłodzony dla jedwabistej skórki, podany z ryżem ugotowanym w tym samym tłustym bulionie z imbirem i czosnkiem. Do tego trzy sosy: chili z limonką, tarty imbir i gęsta ciemna soja. Wygląda skromnie, a o najlepsze stoiska toczą się wieloletnie spory.

Narodowa duma singapurskich restauracji nadmorskich: cały krab błotny w gęstym, słodko-ostrym sosie pomidorowo-chili zaciąganym jajkiem. Je się rękami, w plastikowych rękawiczkach albo bez, a sos wyciera się smażonymi bułeczkami mantou — to obowiązkowy finał. Druga szkoła to black pepper crab, w ciemnym maślanym sosie pieprzowym.

Małe szaszłyczki z kurczaka, wołowiny lub baraniny, marynowane w kurkumie i trawie cytrynowej, wachlowane nad węglami do skarmelizowania — sprzedawane na tuziny. Do tego gęsty sos orzechowy, kostki ryżowego „ciasta" ketupat, surowa cebula i ogórek. Wieczorne uliczki satay pachną na kilkaset metrów.

Wielowarstwowy, maślany placek rozciągany i podrzucany w powietrzu jak pizza, smażony na płycie do chrupkości na zewnątrz i puszystości w środku — specjalność mamaków, całodobowych barów indyjskich muzułmanów. Podawany z dhalem i curry do maczania, w wersji słodkiej z bananem albo skondensowanym mlekiem. Do tego teh tarik, „naciągana" herbata z pianką.

„Herbata z żeberek": wieprzowe żeberka gotowane godzinami w bulionie z czosnkiem, pieprzem i mieszanką chińskich ziół — od ciemnej, ziołowej wersji z Klang po jasną, pieprzną z Singapuru. Je się z ryżem, smażonymi pałeczkami ciasta youtiao do maczania i mocną herbatą. Klasyczne śniadanie chińskich robotników portowych, dziś kultowe o każdej porze.

Ta sama nazwa, dwa zupełnie różne dania — pole minowe dla turysty. W Kuala Lumpur to grube żółte kluski smażone w czarnym sosie sojowym ze smalcem i skwarkami; w Penangu i Singapurze — makaron w intensywnym krewetkowo-wieprzowym bulionie. Zamawiasz „hokkien mee" i dostajesz to, co w danym mieście oczywiste.

Chrupiący tost przełożony masłem i kayą — dżemem z mleczka kokosowego, jajek i pandanu — maczany w jajkach na miękko doprawionych ciemną soją i białym pieprzem. Do tego kopi: kawa palona z margaryną i cukrem, parzona w skarpetce z flaneli. Rytuał tradycyjnych kawiarni kopitiam, celebrowany od ponad wieku.

Góra kruszonego lodu polana mleczkiem kokosowym i ciemnym syropem z cukru palmowego gula melaka, z zielonymi kluseczkami ryżowymi pachnącymi pandanem i czerwoną fasolą na dnie. Brzmi dziwnie, działa idealnie — w tropikalnym skwarze nie ma lepszego resetu. Najsłynniejsze stoiska w Malakce i Penangu mają kolejki przez cały dzień.
Każdy link prowadzi do Map Google — sprawdzisz aktualne godziny, opinie i czy miejsce nadal działa, zanim się wybierzesz.
| Danie | Co jest trudne | Czym zastąpić w Polsce |
|---|---|---|
| Laksa (curry) | Pasta laksa od zera to kilkanaście składników | Gotowa pasta laksa ze sklepu azjatyckiego plus mleczko kokosowe daje 80% efektu; makaron ryżowy średniej grubości, na koniec tofu i krewetki |
| Nasi lemak | Ikan bilis i świeży pandan | Ryż jaśminowy ugotuj w mleczku kokosowym pół na pół z wodą i szczyptą soli; pandan zastąpi listek laurowy (inny aromat, ale działa), anchois — chrupiące prażone migdały lub suszone szprotki |
| Char kway teow | Wok hei na domowej kuchence | Najmocniejszy palnik, patelnia stalowa rozgrzana do dymienia, smażenie JEDNEJ porcji naraz; świeże kluski ryżowe kupisz w chłodni sklepu azjatyckiego |
| Chicken rice | Jedwabista skórka kurczaka | Gotuj kurczaka w bulionie tuż pod wrzeniem 35-40 minut, potem od razu do lodowatej wody; ryż ugotuj na tym bulionie z odrobiną tłuszczu z kurczaka |
| Satay z sosem | Grill węglowy i długie szpadki | Patelnia grillowa da radę; sos: masło orzechowe, mleczko kokosowe, pasta chili, cukier palmowy (lub trzcinowy) i sok z limonki, podgrzane do zgęstnienia |
| Roti canai | Rozciąganie ciasta do przezroczystości | Kupne ciasto na roti paratha z mrożonek sklepu azjatyckiego smaży się z torebki i jest zaskakująco blisko oryginału; dhal z czerwonej soczewicy do maczania |
| Kaya | Powolne gotowanie kremu jajecznego | Mleczko kokosowe, jajka i cukier w kąpieli wodnej, mieszając 30-40 minut; pandan zastąpi pół łyżeczki ekstraktu waniliowego — kolor będzie bursztynowy zamiast zielonego |
Kuchnia Malezji i Singapuru to najprzyjemniejszy kurs azjatyckiej różnorodności w jednym miejscu: trzy kultury, dziesiątki dań i hale, w których obiad klasy mistrzowskiej kosztuje grosze. W domu zacznij od nasi lemak i satay z sosem orzechowym — oba wybaczają błędy — a słoik pasty laksa załatwi obiad, który pachnie jak Penang. Na miejscu rób jak miejscowi: chusteczki na stolik, obchód stoisk, jedna porcja tu, druga tam — w hawker centre nie zamawia się jednego dania, tylko degustację całego regionu.
Konta i karty, z których sami korzystamy za granicą. Linki polecające — cena dla Ciebie się nie zmienia.
Promocje bankowe →